Zaznacz stronę

Odkładasz kasę na wymarzone wakacje. W zależności od tego ile zarabiasz, odkładasz kasę tydzień albo cały rok. Myślisz sobie, no! W końcu odpocznę. Wreszcie będę mógł mieć coś od życia i zobaczę kawałek świata. Kupujesz upragnione bilety lotnicze z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, wiadomo, zwykle taniej wychodzi.

Wszystko zarezerwowane i w rozmowie ze znajomymi wychodzi, że lecisz w tropiki na parę tygodni. Cieszysz się jak dziecko, do momentu w którym wszyscy znajomi nie zaczną Cię straszyć:

Pewnie, leć będzie super. Tylko pamiętaj. Tam bród, smród, ubóstwo… złapiesz malarię, denge, ebolę albo ebolaids. A w ogóle to żółtaczka, zatrucia pokarmowe i najgorsze z najgorszych plag egipskich.

Zaczynasz panikować trochę, szukasz w sieci i dowiadujesz się, że komary przenoszą denge i malarię. O ebolę czy aids trzeba się bardziej postarać, wiadomo. Dowiadujesz się, że najlepiej się zaszczepić przeciw kilku chorobom, na inne, no cóż, liczyć trzeba, że się na nie nie trafi.

No dobra, przychodzi do wylotu. Jesteś cały podjarany wycieczką, nie po to tak ciężko pracujesz, żeby przynajmniej raz w życiu sobie nie polecieć gdzieś dalej. Wszystkie możliwe szczepienia masz załatwione, przeczytałeś dziesiątki poradników jak sobie radzić z tym i tamtym, czego unikać. Co jeść, a czego lepiej nie tykać, bo sraczka i wakacje będą gówniane. Dosłownie.

Przylatujesz sobie do takiego tropikalnego raju jakim jest Bali, wychodzisz z samolotu i pierwsze co zauważasz to ta ściana gorącego powietrza, w najcieplejsze lato w Polsce tak się tego nie odczuwa, a to przez wysoką wilgotność powietrza jaka panuje na Bali, no ogólnie w regionie.

Wsiadasz do taksówki, zimno jak cholera, klima w taksówkach musi być. Przecież turyści lubią klimę. Jedziesz do hotelu, wysiadasz, znowu fala gorąca. Po podpisaniu paru papierków, wchodzisz do pokoju i znowu lodówka. Rozpakowujesz się, no dobra, czas się przejść. Idziesz na miasto, wchodzisz do kawiarni, tam klima odpalona na poziomie 16stopni i ziąb taki, że sutki twardnieją do poziomu w którym mogą spokojnie służyć do cięcia szkła.

Dzień był udany, krążysz od miejsca do miejsca i na zmianę: zimno, gorąco, zimno, gorąco. Po kilku dniach zaczynasz się źle czuć, kichać prychać. Myślisz sobie:

No i chuj, mam denge albo ebolaids i niedługo umrę…

Idziesz do lekarza, a on Ci mówi:

Proszę pana, to zwykłe przeziębienie, tu jest witamina C, antybiotyk może też przepiszę, proszę poleżeć w łóżku i odpoczywać.

W tym momencie pewna zapadka przestawia się w głowie i myślisz sobie:

Ja pierdolę, denge srenge, malaria gówno, ebola niestraszna. Ba, nawet ebolaids Cie nie ruszył. Ba, nawet nie zatrułeś się niczym, a jadłeś jakieś uliczne żarcie za dolara gdzie Wayan wszystko robił rękoma niewiele czystszymi od samej ulicy. Ale klima rozłożyła Cię na łopatki. Chuj z takimi wakacjami.

Taki z tego wniosek, drogie dziadki. Wiem co mówię. Siedzę na Bali prawie dwa lata. Żadne denge, żadna malaria, ebola, aids, zatrucia pokarmowe. Wszystko na szczęście mnie omija szerokim łukiem. Ale przeziębienie od klimatyzacji to mam już któryś raz.

Teraz siedzę w domu w kuchni. Jest 28stopni, a mi zimno i siedzę w bluzie, popijając gorącą herbatę z cytryną. Smarkam, kicham i kaszlę.

Jak zdarzy wam się jechać w tropiki, to unikajcie klimy jak możecie. A jak już musicie, to nie idźcie w ekstremalne różnice temperatur.