Zaznacz stronę

Miało. Z perspektywy czasu było. Aczkolwiek wtedy, w tymże jednym momencie modliliśmy się aby przestało padać…

Stwierdziliśmy, że w sumie to czemu się po prostu nie spakować w plecaki i nie pojechać sobie gdzieś w poszukiwaniu ciekawych dróg. Jest weekend. Planów nie ma innych. Nic nie musimy, a wszystko możemy.

Po prostu wieczorem dnia poprzedzającego wyjazd spojrzeliśmy na mapę i szukaliśmy, jak to nazwaliśmy, epickich krętych górskich dróg, genialnych widoków i zapierających dech w piersiach przeżyć.

Tak było.

Zaczęło się jak zawsze niewinnie, ot, wyruszyliśmy rano z domu w Ubud. Dojechać mieliśmy do plaży Lovina. Na samej północy Bali. Proste, nie? Niby mniej niż 100km. Na normalnej europejskiej trasie, 100km motocyklem to można zrobić w, no, umówmy się, że mniej niż godzinę.

W drodze

W drodze

Ale tu jest Bali, tu się męczyć trzeba. Drogi są różne od genialnych i szerokich, gładkich i wspaniale wyprofilowanych górskich dróg aż po takie, które po prostu nie zasługują na miano ‚droga’. Polna droga. Kamienista droga. Śćeżka, ok. Chociaż w sumie można je określić mianem: gówno-ścieżka. Ale do tego jeszcze dojdziemy.

Standardowy wręcz widok na Bali, pole ryżowe.

Standardowy wręcz widok na Bali, pole ryżowe.

Zajęło nam około 6 godzin aby przebyć tę trasę. I tu zwykle pada pytanie

Dlaczego tak długo? Przecież to raptem 100km!

W dużej mierze dlatego, że zatrzymywaliśmy się po drodze, a to, żeby robić zdjęcia albo coś zjeść w lokalnej restauracji, którą napotkaliśmy po prostu na drodze. Wszystko na jednym wielkim spontanie. A owa restauracja przekonała nas do siebie tym, że miała widok na dżunglę i wulkan. Jedzenie było raczej nie grało tutaj roli. Choć było całkiem smaczne.

Widok na dżunglę i wulkan w chmurach.

Widok na dżunglę i wulkan w chmurach.

Po drodze zboczyliśmy w jedną z tych ścieżek, gdzie trafiliśmy na wielką plantację kawy. Bezczelnie weszliśmy sobie w głąb jednej z nich aby podziwiać widoki, jako, że nie było tam nikogo. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Potem z małej chatki wynurzył się ktoś, Wayan. Nie znał ni słowa po angielsku, my znaliśmy raptem kilka słów po indonezyjsku. Wyglądało na to jakoby pytał co tu robimy, ja patrząc na widok rozpościerający się przed nami powiedziałem tylko: bagus. Co znaczy ‚piękne’. Wayan pokiwał głową ze zrozumieniem i uśmiechnął się.

Wielokrotnie łapałem się na tym, że więcej uwagi poświęcam owym widokom niż temu gdzie jadę. Niestety, żadne zdjęcie nie odda tego widoku. Tego uczucia, gdy człowiek zatrzyma motocykl przy krawędzi drogi tylko po to, żeby po prostu gapić się na to co widzi. Podziwiać to nawet za małe słowo. Są takie miejsca, w których można po prostu siedzieć na motocyklu i gapić się. Godzinami. Dniami. Miesiącami.

Niektóre widoki nigdy się nie znudzą.

Pierwszego dnia tej wycieczki drogi były dobre. Nawet genialne momentami. Dojechaliśmy do plaży. Relaks przy shishy i dobrym jedzeniu połączony z nowoodkrytym ‚trybem nocnym’ w gopro.

Tak, to jest penis.

Tym chu… znaczy miłym akcentem zakończyliśmy pierwszy dzień. To co spotkało nas dnia drugiego. Cóż. Na to nie byliśmy przygotowani. Ani trochę.

Zabawy z GoPro i trybem nocnym.

Zaczęło się wspaniale. Wyruszyliśmy przed świtem z Wayanem jego łodzią. W planie było zobaczyć wschód słońca z morza. Mówił jeszcze, że zobaczymy delfiny.

O jacie! Delfiny! Zobaczymy! Ale tak na żywo? Takie dzikie?

Wschód słońca

Wschód słońca

Wschód słońca jak zawsze epicki. Tak po ludzku, jedna z tych rzeczy, na które można się gapić godzinami i rozmyślać nad sensem istnienia. Podróż łodzią zajęła nam około 30 min do miejsca skąd mieliśmy oglądać tenże wschód słońca i zobaczyć delfiny.

Wschód słońca był. Delfiny niby też. Niby. Znaczy były, ale poza naszą łodzią było około 30 (trzydziestu) innych. W mniejszym lub większym stopniu wypełnionych ludźmi. Delfiny widzieliśmy. Łącznie może przez 2 minuty. A to dlatego, że gdy tylko taki delfin wypłynął na powierzchnię aby zaczerpnąć powietrza, to te wszystkie łodzie ruszały w jego kierunku. Taranem. Nie było to coś czego się spodziewałem. I nie poleciłbym takiego oglądania delfinów.

Niebieska rozgwiazda.

Niebieska rozgwiazda.

Wróciliśmy na brzeg, zjedliśmy śniadanie w hotelu i znowu zapakowaliśmy się do łodzi. Tym razem, żeby snorkelować. Rafa koralowa w tym miejscu była całkiem fajna. Ganialiśmy ryby, ryby ganiały nas. Sielanka niemalże jak na polskiej wsi. Z tą różnicą, że ani to wieś ani Polska. Wydobyłem z dna muszlę, którą z przyzwoleniem Wayana zabrałem do domu.

Dzień rozpoczął się wspaniale. Czas się zbierać, bo tu chodzi o drogi przecież.

Genialna pogoda. Super droga. Boczna, ale na mapach wyglądała na dobrą drogę. Na mapach. Dziękuję google maps. Na odcinku około 9km wspięliśmy się z 0m n.p.m. do około 1300m n.p.m.. Momentami droga była tak stroma, że mieliśmy problemy aby podjechać pod nią na pierwszym biegu. A to jest osiągnięcie. Trzeba było się cofnąć i rozpędzić, aby podjechać.

Po drodze co rusz zatrzymywaliśmy się aby podziwiać widoki z kolejnych wysokości. Widać było plażę na której byliśmy, dolinę i bezkres morza aż po horyzont.

Kontynuowaliśmy po trasie wyznaczonej przez google maps. I im wyżej wjeżdżaliśmy tym bardziej pogoda zaczynała się psuć. Gorzej bo im wyżej to droga także zaczynała się psuć. Doszło do tego, że jechaliśmy po udeptanej ścieżce o szerokości 20cm. Dojechaliśmy do rozwidlenia drogi i za nic w świecie nie wiedzieliśmy gdzie jechać. Na szczęście z pobliskiej chatki wyskoczyło dwóch Wayanów. Łamanym indonezyjskim zapytaliśmy którędy do Ubud. Na co jeden z Wayanów rzekł tylko: terus terus, jalan jalan. Co przetłumaczyliśmy sobie na: ‚cofnijcie się trochę i prosto’. Pojechaliśmy. Wreszcie asfalt! Tak! Ale za szybko się ucieszyliśmy. W pewnym momencie droga była tak zła, że jedyne co przychodziło na myśl to stare, dobre, polskie…

O kurwa!

Kamienie, błoto, potok. Ale drogi brak.

Kamienie, błoto, potok. Ale drogi brak.

Asfalt praktycznie nie istniał. Jego miejsce zastąpił żwir, kamienie, błoto. Motocykle na których jechaliśmy w żaden sposób nie były na to przygotowane. O nas nie wspomnę. Nie mieliśmy przeciwdeszczowych ubrań. Nawet jednego przeciwdeszczowego poncza. W pewnym momencie doszło do tego, że widząc jakiekolwiek zadaszenie zatrzymałem się. Poczekałem aż Mateusz do mnie dołączy i przeskoczyliśmy przez płot. Wszystko, żeby tylko nie jechać w tej pogodzie po tej drodze. I nie chodzi tu nawet o to, że mokrzy, że zimno. Ale jazda po kamieniach, błocie, a w rzeczywistości to strumieniu na tych motocyklach w takich warunkach graniczyło z samobójstwem.

Widoczność w tym deszczu, a właściwie ulewie była maksymalnie na 15 – 20m.

Motocykle zaparkowane pod drzewem, obok drogi, znaczy potoku, bo droga to nie jest.

Motocykle zaparkowane pod drzewem, obok drogi, znaczy potoku, bo droga to nie jest.

Siedzieliśmy pod tym zadaszeniem około godziny w międzyczasie do deszczu postanowiły przyłączyć się pioruny. Bo czemu nie. Przeorganizowaliśmy plecaki i cała elektronika poszła do wodoodpornego woreczka i reklamówek. Ciuchy, kaski, wszystko było przeoczone do ostatniej suchej (już nie) nitki. Godzina minęła, a z nią nadzieja na to, że deszcz ustanie. Do normalnej drogi, a taką mieliśmy nadzieję, mieliśmy do pokonania kilka kilka kilometrów kamieni, żwiru, błota i strumienia. Zostaliśmy postawieni przed wyborem. Albo nocujemy tu. Albo jedziemy. Powoli. Brniemy dalej w nieznane.

Hop przez płot. Hop na motocykle i znowu ta ‚droga’.

Jazda bysonem po kamieniach, błocie i potoku to wojna.

Jazda bysonem po kamieniach, błocie i potoku to wojna.

Jechaliśmy przed siebie. Co kilka kilometrów zatrzymywaliśmy się aby upewnić się, że dobrze jedziemy. Map na telefonie nie dało się sprawdzić bo deszcz skutecznie to uniemożliwiał. Długo nie myśląc zsiadłem z motocykla podszedłem do rosnącego obok bananowca, urwałem jeden z jego liści i zrobiłem z niego parasol żeby Mateusz mógł sprawdzić mapy. Droga w końcu się trochę poprawiła. Asfalt. Kochany asfalt. Bez dziur. Sytuacjaz liściem bananowca powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie, przy kolejnej on klęczał przede mną, ja stałem, liść bananowca oparty o jego kask i na wysokości mojego krocza. W tym momencie zza zakrętu postanowił wyjechać samochód. A Wayan, który go prowadził rzucił mi tylko spojrzenie i zaczął się śmiać. Nie dziwię mu się.

Przemoczeni w końcu wjechaliśmy na jedną z głównych dróg. Szukaliśmy jakiejś restauracji albo miejsca, żeby coś zjeść i się ogrzać. Wbrew pozorom na tej wysokości i w tej wilgotności powietrza jest po prostu zimno. Stanęliśmy na parkingu po drugiej stronie ulicy było coś co przypominało lokalną knajpę, ale niestety nic z tego. No to wsiedliśmy na motocykle i pojechaliśmy. Każdy w innym kierunku. Ludzie stojący na parkingu płakali ze śmiechu. My ryczeliśmy ze śmiechu. Dobrze, że połapaliśmy się po kilkudziesięciu metrach, że któregoś z nas brakuje.

Pojechaliśmy dalej po kilku kilometrach znaleźliśmy piękne miejsce widokowe, ale chmury, które były pod nami, skutecznie blokowały widok. Z plusów, zaraz obok była całkiem przyjemna restauracja. Uprzejmie zapytaliśmy, czy możemy wejść tacy przemoczeni. Nie było problemu. Wchodzimy, siedliśmy, zjedliśmy i ogrzaliśmy się. Pod naszymi siedzeniami utworzyły się kałuże… byliśmy tak mokrzy. Zostawiliśmy spory napiwek, przeprosiliśmy za bałagan i wrociliśmy na to miejsce widokowe.

Chmury ustąpiły, pogoda się poprawiła.

Reszta trasy przebiegła raczej spokojnie i jakoś cali i zdrowi dotarliśmy do domu. Pierwsze co zrobiliśmy po powrocie to wskoczyliśmy do basenu. Co nam zależało i tak byliśmy mokrzy.

Zmęczeni, zmarznięci ale szczęśliwi. Nie ma nic lepszego niż zwiedzać Bali na dwóch kołach.